Jeden dzień z życia pracownika uczelni

Dla równowagi po wyborach słów kilka o dniu pracownika naukowego, Mój krótki 🙂 esej z „Przewodnika dla studiujących i pracujących naukowo rodziców”.
http://www.plineu.org/projects/uczelnia-przyjazna-rodzicom/

Początek
Jest godzina 20:55, środa, pierwszy dzień jesieni, niestety. Właśnie skończyłem 14 stronę, III rozdziału mojej trzeciej książki. O tej porze najchętniej zająłbym się czymś interesującym dla odmiany. To może film i lampka czerwonego Egri Bikavera prosto od bratanków znad modrego Dunaju? Tym bardziej, że dzieciaki śpią i po raz pierwszy dzisiejszego dnia mogę słyszeć własne myśli. Niestety, nie ma szans – obowiązki.
Długo trwało szukanie wolnego czasu by rozpocząć pracę nad tą publikacją, terminy ścigają, jak nie przymierzając, promotor magistranta, tak więc z relaksu nici, pozostaje tylko praca.
To o czym mam pisać przybrało w mojej głowie kształt opowieści, opowieści o moim dniu codziennym, środkowo-tygodniowym, zaczynającym się wcześnie, a kończącym się późno. Czasami jego koniec zbiega się z pierwszymi minutami dnia kolejnego. I nie będzie to opowieść Lou Reeda „Perfect Day”, raczej nie, no ale zobaczymy.
Tak więc do dzieła.
Od pewnego już czasu nie ustawiam alarmu, by budził mnie o poranku. Nie potrzebuję. Odkąd mój starszy syn rozpoczął edukację szkolną – od poniedziałku do piątku wstaję wcześnie rano. Od soboty do niedzieli także, organizm przyzwyczaił się do porannych pobudek i za nic nie zamierza pozwolić mi spać dłużej, nawet gdy jest taka możliwość. Zresztą zawsze lubiłem wstawać wcześnie rano, gdy w zupełnej ciszy, a często i w porannym półmroku mogłem zaplanować dzień, albo przemyśleć po raz kolejny pisany właśnie artykuł.
Tak więc 05:50 jestem na nogach. Nie po to jednak by otworzyć notebooka i wstukać pierwsze słowa na białej stronie Worda. O tej godzinie białe jest tylko mleko, które podgrzewam dzieciom na śniadanie. Czarna jest natomiast kawa, której nie mogę się doczekać. Czekając, aż się nagrzeje ekspres, mielę kawę. Zamykam chłopakom jeszcze drzwi od pokoju, niech mają te dodatkowe 30 minut w krainie Muminków i Lorda Vadera. Włączam radio. Coś głośnego i bez gadania, please.
Płyta grzewcza rozgrzana do czerwoności. Chłopaki podniosły bunt już wiele lat temu, gdy próbowałem zmusić ich do jedzenia obiadów z cateringu. Mimika twarzy, dźwięki i gesty, które towarzyszyły moim pytaniom o to co było na obiad, skutecznie wyleczyły mnie z prób karmienia ich cateringiem. Od tego momentu catering dostarczamy wspólnie z moją Małżonką. Makaron się gotuje, zupa się podgrzewa, bułki się kroją, mleko się kipi, a ekspres jest gotów do wyciśnięcia z czarnych ziarenek kawy mocarnego, niczym Pudzian, espresso.
Tymczasem wstaje, wspomniana powyżej, Małżonka moja. Kochana z niej osoba, ale straszny pracoholik. Wstaje półprzytomna, bo kończyła projekt do 3 nad ranem, no bo deadline i już. Ja już na pełnym rozruchu, więc spod oka spoglądam na wyłaniającą się z sypialni bohaterkę Dead Walking. Ale kofeina z espresso zmienia wszystko i od teraz oboje wkręcamy się na dzienne obroty, które towarzyszyć nam już będą do późnych godzin wieczornych. Pogłaśniam muzykę, otwieram dzieciakom drzwi od pokoju, podnoszę rolety i wydobywam z siebie donośny baryton śpiewając coś w stylu:
Wstawać potwory, bo życie
To nie sen, tralala tralala
Szkoła czeka i nie ma spania!
A to wszystko na nutę góralsko – kościelną. Skuteczne w miarę, czego dowodem jest powolna pionizacja starszego. Młodszy klasycznie ojca ignoruje, jeszcze mu się wydaje że ma jakieś szanse wtopić się w poduchę i pozostać niezauważonym. Chłop jest jednak bez szans. Po 12 – krotnym powtórzeniu, że już czas, że się spóźnimy, że mleko wystygnie, a w ogóle to co to ma znaczyć!!! W końcu wstaje i zjada śniadanie. Potem pakowania śniadań i obiadów i termosów i owoców do plecaków, dyskusje, że jest ciepło i krótkie spodenki są właśnie ok., a szron na szybie ma się ni jak do tego, poszukiwania zegarków, telefonów, książek, kaszkietów, zeszytów i butów na wf i w końcu wychodzimy. Oczywiście spóźnieni. Ciekawe, że im dalszy dzień tygodnia tym mniejsze spóźnienie, ale nawet w piątek jest za mało czasu.
Do szkoły mamy kawałek, przy dobrych wiatrach 20 minut autem. Lubię Kraków, ale ruch samochodowy i towarzyszące mu nieprzeliczone korki, zabijają część przyjemności bycia Krakusem, pozostałą część zabija smog, ale to inna historia. Komunikacja miejska z ranka odpada, wepchać się do autobusu z 6-latkiem, to zadanie karkołomne.
Pod szkołą, na dziedzińcu, wyrzucam chłopaków i patrzę jak pędzą do budynku. Szkołę lubią, na szczęście, i to lubią znacznie bardziej niż ja, gdy byłem w ich wieku. Tyle dobrze, myślę sobie i zostawiam auto na parkingu. Za dużo siedzę przed monitorem, mało ruchu, więc z każdej okazji muszę korzystać. Na uczelnię mam 3,5 km – ok. 30 minut szybkim krokiem. Lubię to, tą energię wzbierającą we mnie o poranku na bulwarach wiślanych. Najlepiej w okresie wiosenno-letnim, bo w trakcie jesieni i zimy smog zabija przyjemność. Lubię też słuchać audiobooki w trakcie marszu, nie zauważam nawet jak docieram na uczelnię.
Jest 8 rano. Na uczelni czeka na mnie praca, ale bardzo często nieco zaskakująca ona jest. Teoretycznie jestem pracownikiem naukowo dydaktycznym, ale największą ilość czasu spędzam na pracy administracyjnej, czyli w sumie jestem pracownikiem naukowo-dydaktyczno – administracyjnym, choć część dydaktyczno – administracyjna nie liczy się zupełnie i tylko część naukowa ma znaczenie dla uczelni. W związku z tym pojawia się pytanie: dlaczego sprawy dydaktyczno-administracyjne pochłaniają tak dużo czasu, a jednocześnie w ogóle się nie liczą, uniemożliwiając jednocześnie pracę naukową? Jak dotychczas nie znalazłem odpowiedzi. No więc pracuję: poprawiam prace dyplomowe i dyskutuję ze studentami, prowadzę wykłady, wypełniam coraz to nowe ankiety, koordynuję projekty, zajmuję się zagranicznymi gośćmi i stypendystami, uczestniczę w rozlicznych zebraniach i spotkaniach, etc. Dzień mija szybko, już prawie 16. Co prawda czuję się mocno zmęczony, ale uświadamiam sobie, że to co najważniejsze – czyli praca naukowa – nawet nie zostało rozpoczęte. Znowu czeka mnie zarwana noc, by nadgonić zaległości. Bo teraz muszę pędzić po dzieci, 3,5 km pieszo przede mną. Zajęcia się im skończyły, pewnie grają w gałę, albo rozprawiają o pięciu golach Lewego, no ale do domu trzeba je wziąć, nakarmić i zagonić do testów, no bo jak nie rozwiążą testów w czasie egzaminu, to koniec pieśni. Absurd.
Po południu, po przebiciu się przez krakowskie korki, też nie jest lekko. W domu centrum rodzinnych interakcji stanowi kuchnia. Z Małżonką gotujemy przepychając się przy garach, dzieci opowiadają o dniu w szkole, choć w większości kończy się na krótkiej piłce:
– jak było?
– fajnie
– ale powiedz coś więcej!
– ale co?
– no cokolwiek, co robiłeś, co kumple mówili?
– nic
Koniec pieśni.
Po konsumpcji praca nad zadaniami domowymi. Wszyscy zmęczeni, nie za bardzo nam idzie, no ale trzeba przecież. Małżonka polski i angielski, ja majca i hiszpański. Ok, koniec – wszystko zrobione – kolacja i do spania. Krzyk, no bo przecież klocki lego, lektura do przeczytania, a może i w piłę można by pokopać, albo na rowerze pojeździć! Nie ma mowy, jak nie zasną przed 20stą to ich rano nie obudzę. Jestem ojciec zły i niedobry. Ok, mogą jeszcze trochę poczytać w łóżkach przed snem, ale krótko i to wszystko i dobranoc. Nigdy nie jest tak prosto, zawsze muszę prosić by poszli spać – 30 razy.
Śpią. Uff.
No to do pracy trzeba się zabrać. Otwieram kompa i staram się sobie przypomnieć o czymże to mądrym rozpisywałem się wczoraj? Nie pamiętam.

Długa noc przede mną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.